Z Rafałem Bartkiem, liderem TSKN na Śląsku Opolskim, rozmawia Jolanta Jasińska-Mrukot.

– Ludzie jeszcze nie głosowali, a wy już mówicie o sukcesie – Komitet Wyborczy Wyborców Mniejszość Niemiecka to największy komitet w Polsce.

– Bo to jest sukces. Ta liczba jest imponująca zarówno w skali regionu, jak i kraju. Pod szyldem MN w województwie opolskim wystartuje 604 kandydatów do rad 36 gmin, 7 powiatów oraz w 4 okręgach sejmiku. W przeciwieństwie do innych komitetów, których przedstawianie się polegało głównie na krytykowaniu przeciwników, my skupiliśmy się na programie, który chcemy realizować. A dotyczy on rodziny, edukacji, gospodarki, infrastruktury i społeczeństwa obywatelskiego.

– Podczas waszej konwencji koncentrował się pan na problemie demograficznym i gospodarce. Wszyscy o tym mówią, co nowego chcecie tutaj wnieść?  

– To dwie kluczowe sprawy dla regionu w najbliższych latach. Ze wszystkich prognoz wynika, że województwo opolskie wyludnia się najbardziej. W tej sytuacji nie możemy tylko mówić o tym, że ma nas być więcej. Nie możemy tylko mówić, że rozwiązanie tego problemu zależy od polityki rządu i czekać na wsparcie centralne. Brakuje głębszych przemyśleń. Np. co zrobić z tym, że stale będzie rosnąć liczba osób w wieku emerytalnym. To nie tylko wyzwanie demograficzne, ale społeczne i gospodarcze. My mamy trochę pomysłów i w ostatnich latach już pokazaliśmy, ze wiemy jak w tym obszarze działać. Z sukcesem realizowaliśmy przecież projekt Animatorów osób starszych, którzy aktywizowali osoby starsze, żeby lokalnie, w swoich środowiskach czuły się potrzebne i miały wpływ na kreowanie rzeczywistości. Mamy pomysły na podobne projekty. Widzimy też osoby, które potrzebują pomocy, są zdane na opiekę sąsiadów, bo dzieci wyjechały. To trzeba rozwiązać systemowo, takie projekty mamy już przygotowane i w takim obszarze chcielibyśmy działać.

– A co was niepokoi w sferze gospodarki? Przecież tak dobrze, jak jest, jeszcze dotąd nie było.

Wiele podmiotów gospodarczych, które pojawiły się w Opolu i regionie w ostatnich latach, kierowało się kapitałem językowym naszego regionu. Ale nie możemy się tym zachłysnąć, że skoro są, to zawsze będą. Już teraz słyszymy od przedstawicieli tych firm, że mają lekką zadyszkę w pozyskaniu nowych pracowników. Niejednokrotnie są to korporacje międzynarodowe, które nie mają problemu z tym, żeby jednego dnia zamknąć oddział w Opolu, a następnego otworzyć w Indiach. I jeśli chcemy, żeby one chciały się tutaj zakorzenić, to musimy ten kapitał językowy kształtować. Mam tutaj szczególnie na uwadze język niemiecki, bo te firmy przychodziły ze względu na ten język. Coraz mniej jest osób, które niemiecki wyniosły z domu, teraz, długofalowo patrząc, trzeba edukować od przedszkola. Stawiać nie na ilość, ale jakość i tworzyć szkoły bilingualne, które są gwarancją tego, że potrafimy dobrze tym językiem się posługiwać. W regionie mamy cztery takie szkoły stowarzyszeniowe, które cieszą się ogromnym powodzeniem. I w tej nadchodzącej kadencji będziemy chcieli  działać na rzecz tego aby powstawały kolejne placówki dwujezyczne.

– Często pan podkreśla, że nasz uniwersytet, o istnienie którego walczył abp Alfons Nossol, powinien mieć swój opolski charakter.

– Chwała, że mamy medycynę, ale na razie nie będziemy mieli medycyny takiej jak w Zabrzu, czy we Wrocławiu. Natomiast językoznawstwo, szczególnie germanistyka, powinno charakteryzować nasz uniwersytet, być jego specjalnością. Chodzi o to, żeby germanistyka, czy inne kierunki lingwistyczne przyciągały do Opola studentów z całej Polski.

– Pan jest już przedstawicielem następnego pokolenia w mniejszości, w której władzach następuje zmiana warty. W takiej sytuacji często rodzi się konflikt między „starymi” i „młodymi”.

– Dzięki temu, że nasi kandydaci byli wybierani oddolnie poprzez struktury DFK, potem struktury gminne i powiatowe, aż w końcu konwencję wojewódzką, udało nam się złapać równowagę pomiędzy młodymi a doświadczonymi. Początkowo pojawiła się ta obawa, że w wielu miejscach utrzyma się tylko to „stare”, nie do końca przyciągające wyborcę jakąś nową wizją i chęcią rozwoju. Ale okazało się, że ten system, który jest wyjątkowy w skali kraju – nasze struktury na dole mówią, kto ma być kandydatem np. w gm. Ozimek czy gm. Olesno – absolutnie się sprawdza. Bo to ludzie sami wskazują na konieczność pewnego odnowienia i konieczność wprowadzenia pewnej „mieszanki”. Oczywiście, na tych listach będą ci doświadczeni, którzy na listach do rady powiatu czy Sejmiku pojawiają się już po raz trzeci, czy czwarty. Ale są też absolutnie świeże twarze osób, które nie są znikąd. Oni, z reguły dali się już poznać jako np. społecznicy w kole DFK, czy radzie sołeckiej, czy też innej organizacji. Dzięki temu nasze listy są absolutnie zdrową mieszanką „doświadczenia” z innowacją, ze świeżością.

– Jednak tych starć między „młodymi” i „starymi”, między nową i dotychczasową wizją mniejszości, nie dało się uniknąć.

– Pewnie, że były takie miejsca, gdzie do końca ścierały się te obydwie wizje. Były takie miejsca, nie wymieniając ich, że jeszcze do ostatniej chwili na listach kandydatów dokonywano pewnych zmian, m.in. uwarunkowanych tym, że ktoś mówił, że dobrze by było, żeby postawić na kogoś młodszego. Albo żeby ktoś „doświadczony” znalazł swoje miejsce na liście kandydatów.

– I jak pan ocenia efekt końcowy?

– Wyszła nam niezwykle ciekawa „mieszanka”. W której każdy, kto myśli o rozwoju regionalnym i alternatywie dla tej kłótni na górze, znajdzie swojego kandydata. A oni są gwarantem pracy dla regionu i pracy u podstaw. Na naszych listach są ludzie, którzy już się sprawdzili. To nie będą eksperymenty, czy ludzie z łapanki, których się poznaje w ostatniej chwili. To ludzie już rozpoznawalni w swoich środowiskach. My jesteśmy alternatywą dla tego, co dzieje się na górze.

– W mniejszości sporo kontrowersji wywołały takie osoby, jak kandydujący na fotel prezydenta Opola Marcin Gambiec, burmistrz Gogolina Joachim Wojtala, czy wójt Komprachcic Leonard Pietruszka. Wywodzą się MN, są z nią mocno związani, ale zdecydowali, że nie wystartują pod jej banderą. W środowisku TSKN to precedens, stąd pojawiły się zarzutu niesubordynacji, a nawet zdrady.  

– Myślę, że to kwestia indywidualna. I pewnej rozpoznawalności nazwisk, bo zarówno w przypadku pana Wojtali, jak i Marcina Gambca mamy do czynienia z osobami, które dały się już poznać. A ta pokusa, żeby iść pod szyldem imiennym, bo to przyciągnie szerszy elektorat, jest ogólnopolska.

– Ale seniorzy ze środowiska mniejszościowego nie byli do końca pogodzeni z tą sytuacją. Choć oczywiście może to się wiązać z tym, że z wiekiem trudniej przyjmuje się wszelkie zmiany. Można się na nie gniewać, ale one zachodzą…

– Nie chciałbym oceniać tych indywidualnych decyzji, ale zawsze zwracamy uwagę, że trzeba budować szerszy front, by mieć swoich przedstawicieli nie tylko na najniższych szczeblach władz samorządowych, ale też w radzie powiatu, czy sejmiku wojewódzkim. Bo budowa czy przebudowa np. drogi leżącej na terenie gminy może być kompetencją władz innego szczebla – powiatu czy województwa, więc warto mieć swojego człowieka tam wyżej. Warto w tym kontekście jednak podkreślić, zemieliśmy też przypadki w poprzednich wyborach, że gdzieś nie było kandydata z mniejszości, a my wspieraliśmy kogoś z innej listy a teraz jesttak jest , np. w gminie Ujazd, czy Lasowice Wielkie. To pokazuje, że nie jest to jednostronny trend. Ktoś mówi „Chcę być częścią tej drużyny”, a inny „Ja jednak startuję pod szyldem sprawdzonego manszaftu, który szedł do wyborów szerzej”. Nie przeceniałbym więc tych decyzji, one są decyzjami personalnymi i mocno uwarunkowanymi rozpoznawalnością pewnych nazwisk. Ale mamy przeciwwagę w postaci innych gmin…

– Tak, wiem. W gminie Radłów w powiecie oleskim wójtem jest pan, który nie ma korzeni mniejszościowych, pochodzi z innych stron, a jest kandydatem mniejszości…

– Tak, Włodzimierz Kierat to absolutnie pozytywna postać, która od dawna cieszy się dużym poparciem mieszkańców tej gminy. On też w 2008 roku jako pierwszy wprowadził tablice dwujęzyczne w gminie. I to wójt Polak, który wspierał postulaty mniejszości, uznając je jako oczywistość w regionie wielokulturowym. Jego postawa bardzo nam się podobała tym bardziej, że wielu naszych wójtów z mniejszości częstokroć te tablice wieszało z pewnymi oporami lub w ciszy, bez uroczystości. Przyznaję, że miałem im to trochę za złe. Uważałem, że na kartach historii to powinno być w danej gminie odnotowane. Wójt Kierat z Radłowa nie miał takich oporów. A takich przykładów na naszych listach jest więcej, chociażby pani Bogna Lewkowicz z Prudnika, która bardzo pozytywnie odebrała to, że my ją widzimy na naszej liście do sejmiku. Pani Bogna uważa, że jesteśmy alternatywą polityczną, zajmując się głównie regionem. Powiem tylko, że np. profesorowie z dolnośląskiego już od dawna mówią, że my do samorządów wysyłamy fachowców, którzy dali się już poznać. Mieli wówczas na uwadze choćby Romana Kolka, znanego lekarza, który był zastępcą dyrektora opolskiego NFZ ds. medycznych, czy Andrzeja Kasiurę, specjalistę z branży bankowej. Na to stawiamy, bo tego brakuje w polityce regionalnej, a do centralnej w ogóle nie chcę się odnosić. To jest ten wybór demokratyczny oddolny, poprzez szukanie fachowców, a nie wybór z przypadku.

– Kiedy rozmawialiśmy ostatnio o Janie Labusie, burmistrzu Ozimka starającego się o reelekcję, powiedział pan, że otrzymał on wsparcie gminnej mniejszości i nie zdarzyło się dotąd, by centrala MN zmieniła decyzję niższych struktur. A jednak nie poparliście burmistrza Labusa.

– To rzeczywiście pierwszy taki przypadek, kiedy wcześniej była decyzja struktur lokalnych, żeby kandydata poprzeć, a my jej nie zaakceptowaliśmy. Pan Labus zdecydował się bowiem na wystawienie w większości okręgów gminy Ozimek kontrkandydatów dla kandydatów mniejszości niemieckiej. Widząc, co się dzieje, spotkaliśmy z organizacją MN w gminie Ozimek, a podczas tego spotkania większością głosów zdecydowano, że tego poparcia burmistrzowi nie udzielimy.

– A ewentualne powyborcze koalicje…

– Do tego tematu podchodzimy z dystansem, bo o koalicjach de facto będą decydowali wyborcy. Oni zdecydują o naszej zdolności koalicyjnej, podobnie jak o zdolności koalicyjnej innych ugrupowań. Jesteśmy pragmatyczni, więc o koalicjach rozmawiamy po wyborach. Nie dzieli się skóry na niedźwiedziu. A wzorem chociażby demokracji niemieckiej o koalicjach powinno się rozmawiać na podstawie programów, jakie się przedstawia wyborcom, a nie personaliów.

– Może jednak trochę pospekulujmy?

– Oczywiście, że z niektórymi ugrupowaniami w ogóle się nie widzimy. O koalicjach decyduje program, to, co się robi, ale także doświadczenia z przeszłości. Choćby tej najkrótszej. Mając na uwadze ugrupowanie rządzące widzimy, że takie decyzje jak powiększenie Opola, ograniczenia w dostępie do zawodu dla sędziów z podwójnym obywatelstwem, czy ograniczenie dostępu do nauki języka niemieckiego, nie rokują dużych szans na rozmowy o koalicji. Poza wszystkim wyborcy nie mają oceniać naszych potencjalnych koalicji, a nas jako alternatywę. Nie koncentrujemy się na tym, co by było, gdyby, ale na tym, żeby z naszym programem dotrzeć do jak najszerszej grupy mieszkańców województwa.

Artykuł ukazał się w Tygodniku Ziemi Opolskiej nr 38 z dnia 4 października 2018 r.