Mniejszość Niemiecka pod rządami PiS. Zagrożenie dla „polskiej racji stanu”? – Wywiad z R. Bartkiem w Gazecie Wyborczej

17 Sie
0
Ministerstwo Obrony Narodowej, powołując się na konflikty na wschodzie Europy, zbiera informacje o polskich obywatelach, którzy mają inną niż polska narodowość. Do czego to może doprowadzić i jak się mniejszości niemieckiej żyje pod rządami PiS, opowiada Rafał Bartek, przewodniczący Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Niemców na Śląsku Opolskim.
Cały wywiad również tutaj:  http://opole.wyborcza.pl/opole/7,35086,23793689,mniejszosc-niemiecka-pod-rzadami-pis-zagrozenie-dla-polskiej.html#Z_BoxLokOpoImg

Anna Pawlak: Jak zareagował pan na informacje, że MON zbiera dane o członkach mniejszości narodowych?

Rafał Bartek, przewodniczący Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Niemców na Śląsku Opolskim: Pewnym uczuciem dyskomfortu. Ta sytuacja zaczyna przypominać mi czasy, o których mówili mi rodzice, które ja również pamiętam z dzieciństwa, chodziłem do komunistycznej szkoły. Ślązak wtedy miał się nie odzywać, nie mówić za dużo o swoim pochodzeniu, bo to mogło bardziej zaszkodzić niż pomóc. To były czasy zastraszania, wykluczania.

W momencie, gdy padają takie pytania, pojawia się kolejne: po co? Czemu to ma służyć?

Na dodatek MON powołuje się na konflikty na wschodzie Europy.

Jeżeli przychodzi ktoś i mówi, że chce wiedzieć, czym się zajmujecie, a mówi to jeszcze nikt inny tylko Ministerstwo Obrony Narodowej z odniesieniem do wydarzeń na Wschodzie, czyli zielonych ludzików, to człowiekowi w głowie się nie mieści, że ktoś mógł wpaść na tak absurdalny pomysł, mając na względzie pozytywną historię od momentu przełomu, od 1989 roku.

To tak jakbyśmy nagle zapomnieli, co się przez ten czas wydarzyło. W naszym regionie to jest najbardziej dostrzegalne, bo tutaj mieszka największa mniejszość w Polsce. Z Republiki Federalnej Niemiec w latach 90. otrzymywaliśmy ogrom pomocy materialnej. Jeżeli przychodziły środki na wsparcie infrastruktury wodociągowej, kanalizacji, to nikt wtedy nie mówił, że wesprzemy tylko tych mieszkańców, którzy są z mniejszości niemieckiej, tylko że będzie wsparcie dla regionu, w którym oni żyją. Jeśli bp Alfons Nossol tworzył podwaliny Caritasu, to nigdy nie powiedział, że Caritas będzie służył tylko Niemcom.

Przez te 28 lat mamy ogromny dorobek pozytywnych doświadczeń, więc chciałoby się tylko zaśmiać z tego rodzaju pytań, ale one śmieszne nie są w momencie, gdy przychodzą z oficjalnych organów administracji państwa.

Staram się mieć do tego dystans, mam nadzieję, że to nieprzemyślana do końca akcja, ale mam też jasne sygnały od innych członków mniejszości, którzy traktują tę sprawę absolutnie poważnie.

Czy takie sygnały mogą doprowadzać do wrogości?

Absolutnie tak. Mało tego, dla mnie to jest takie trochę obnażanie słabości państwa. Rozumiem, że to, czy ktoś jest potencjalnym zagrożeniem, powinno być sprawdzane przez służby bezpieczeństwa, które robią to bez rozgłosu, a nie pytają oficjalnie. Zwróćmy uwagę na to, że w tej sprawie zostali odpytywani samorządowcy, którzy nie mają wiedzy, na której podstawie mogą ocenić, czy ktoś jest potencjalnym liderem społecznym mniejszości, a w ślad za tym „potencjalnym” zagrożeniem czy też nie. Mam nadzieję, że większość samorządowców to pytanie mniej lub bardziej zignorowało i potraktowało jako niedotyczące ich obowiązków zawodowych.

Wyobraźmy sobie sytuację, że któryś z tych samorządowców, chcąc się odgryźć na nielubianym działaczu społecznym czy mieszkańcu swojego terenu, powie, że ten facet ma pochodzenie innego państwa, chyba jest liderem jakiejś nieformalnej grupy i na pewno jest podejrzany.

Kolejne pytanie, jakie się rodzi, to co z taką informacją zrobi MON? Tutaj można zacząć budować różne scenariusze, czego ja teraz nie chcę robić, ale łatwo zobaczyć, jak szybko tworzy się piramida nienawiści, która powstaje na pobudce niemającej nic wspólnego z rzeczywistym zagrożeniem dla państwa. Personalna kwestia, że Kowalski nie lubi Schmidta, może doprowadzić do absurdalnej sytuacji.

Zastanawiał się pan, jak daleko ta inwigilacja może się posunąć? Czy będą analizowane pańskie wypowiedzi w mediach czy na przykład wystąpienia na festynach?

W przypadku mojej osoby jest nieco inaczej, ponieważ moja działalność jako przewodniczącego TSKN jest publiczna, więc mam świadomość, że wypowiadając się w mediach, na spotkaniach czy festynach, ponoszę odpowiedzialność za to, co mówię, nawet jak wypowiadam to zupełnie prywatnie.

Ale pytanie MON dotyczyło również nieoficjalnych, nieformalnych grup. Ktoś, kto wcale nie musi się czuć nieformalnym liderem, nagle może stać się zagrożeniem dla państwa, ponieważ spotyka się z kolegami i przy kartach opowiada takie czy inne rzeczy; tutaj widzę niebezpieczeństwo, to zastraszanie zwykłego obywatela w swoim myśleniu, toku dyskusji. Mamy świeży przypadek: mój kolega z mniejszości ukraińskiej, który podczas uroczystości dotyczącej Wołynia odniósł się do Ukraińców, którzy zginęli z polskich rąk i który teraz będzie musiał odpowiadać, ponieważ wojewoda lubelski zgłosił sprawę do prokuratury z paragrafu znowelizowanej ustawy o IPN dotyczącego zniesławienia państwa polskiego. Tutaj pojawia się pytanie o wolność słowa, na ile formalni liderzy mogą swobodnie mówić o przeszłości swojej grupy narodowej, jak to będzie odebrane i jak to będzie politycznie ubrane. Jeśli nie będziemy mogli swobodnie mówić o historii, wówczas następuje przymusowa asymilacja, która prawnie w Polsce jest zakazana. Ten przymus mieliśmy w okresie komunistycznym, gdzie zmuszano mieszkańców do zmiany nazwisk, imion, przedstawiano listy imion, jakie można było nadać dzieciom.

Rozmawiamy w okresie wakacyjnym, gdzie wiele osób podróżuje, odwiedza wiele państw; sam będąc np. w Karyntii na pograniczu austriacko-słoweńskim, lubię odwiedzać miejsca, które czymś się wyróżniają, nie tylko architekturą, ale kompetencjami mieszkańców, zagłębiem konkretnej kultury. Podobnie jest w holenderskiej Fryzji, której mieszkańcy chwalą się, że z natury muszą znać kilka języków, a na ulicach Leeuwarden, stolicy Fryzji można co chwilę zobaczyć napis w kilku językach mówiący „Język to wszystko”. Te perełki służą dzisiaj w otwartej Europie temu, żeby pokazać, że mamy w sobie coś więcej. Tymczasem ciśnienie, które odczuwamy poprzez takie „akcje” MON-u, ale też i zmiany w prawie dotyczącym sądownictwa, gdzie kolejny zawód wpisany jest na listę tych, które mogą być wykonywane przez osoby z wyłącznie polskim obywatelstwem, powodują, że częstokroć zastanawiamy się, czy możemy kultywować naszą tradycję, czy to w ogóle jest chciane? Jeśli padają pytania o naszą przynależność narodową, odrębność, to zaczynamy się nad tym głęboko zastanawiać.

Jak ocenia pan fakt, że sędziowie muszą się zrzec niemieckiego obywatelstwa, jeśli je mają?

Bardzo negatywnie. Szczególnie dlatego, że nie mamy w uzasadnieniu ustawy ani słowa opisu, dlaczego taki zapis wprowadzono. Co takiego stało się w ostatnich latach, że państwo polskie nagle uznało, że te osoby, które posiadają obywatelstwo innego państwa, są przedstawiane jako zagrożenie dla tzw. polskiej racji stanu? I widzimy, że brak jakiegokolwiek racjonalnego uzasadnienia takiego przepisu skutkuje dzisiaj tym, że już się pojawiają pomysły (na dodatek poważnie analizowane przez Senat), aby tę listę zawodów „tylko dla Polaków” dalej rozszerzać. Dla mnie to wprost absurdalne w sytuacji, kiedy wszyscy obywatele Polski są od 2004 r. automatycznie również obywatelami Unii Europejskiej i w sytuacji, kiedy zawody tzw. zaufania społecznego, do których należą również sędziowie, powinny być oceniane przede wszystkim przez pryzmat kompetencji tych ludzi, a nie ich pochodzenia czy ilości obywatelstw. I tutaj znowu pojawia się pytanie – czemu to tak właściwie ma służyć?

Narzeka pan na pomysły PiS, a w radzie miasta radni Mniejszości Niemieckiej łączą siły z PiS i przychylnemu rządowi Razem dla Opola.

Kiedyś zapytałem swojego kolegę z Bawarii, jaka koalicja rządzi w radzie miejskiej jego miasteczka, której on jako radny był częścią. Stwierdził, że rządzi burmistrz, nie ma w radzie koalicji, po prostu dyskutuje się nad kolejnymi sprawami. Tego podejścia w Opolu nie ma. Dochodzi do takich absurdów, że radni opozycyjni przez lata popierali decyzję prezydenta, a nagle stają się twardą, sztuczną opozycją na pół roku przed wyborami. Od razu prezydent przypiął im łatkę, nazywając „karmazynową opozycją”. Nasi radni głosowali raz po jednej, raz po drugiej stronie, mam odczucie, że nie dogadują się z innymi klubami, tylko próbują na wszystko patrzeć logicznie, czy dana sprawa ma sens czy nie. Moim zdaniem w tym zakresie byli konsekwentni przez całą kadencję, co będziemy chcieli pokazać przy nadchodzących wyborach, gdzie mamy krótką kampanię wyborczą i mocną atmosferę podziału społecznego; codziennie zmusza się ludzi do opowiadania się po którejś ze stron, chcemy pokazać, że jesteśmy trzecią drogą dla tego regionu, nie patrzymy przez pryzmat polityki centralnej, tylko przez to, że nasz region to nasza wspólna sprawa. Nieważne, jak tutaj trafiliśmy, wszystkim na jego dobru powinno zależeć.